
Na cmentarzu w okolicach Starego Polichna panowała cisza tak gęsta, że można by ją kroić tępym nożem do tapet, gdyby ktoś miał akurat taki kaprys. Na spróchniałej ławeczce, która pamiętała jeszcze czasy, gdy ludzie umierali z tak banalnych powodów jak katar czy spadająca dachówka, siedziały trzy postacie.
ŚMIERĆ, odziany w tradycyjną czerń, która pochłaniała światło z taką samą wydajnością, z jaką urzędy skarbowe pochłaniają oszczędności, polerował kosę rąbkiem szaty. Obok niego Jakub Wędrowycz, otoczony nimbem zapachu, który był unikalną mieszanką bimbru „Czar PGR-u”, tytoniu „Mocny Bełt” i czegoś, co mogło być albo onucą, albo relikwią świętego, przeładowywał swój wysłużony karabin.
Trzeci, Azi – technicznie rzecz biorąc Azrael, Anioł Śmierci i Pamięci, ale w tym towarzystwie zredukowany do roli asystenta z nerwicą – gmerał w czymś, co wyglądało jak skrzyżowanie tabletu z tabliczką dekalogu.
— TO JEST DOPRAWDY NIEPOKOJĄCE — odezwał się ŚMIERĆ, a jego głos brzmiał jak domykające się wieko sarkofagu. — SPRAWDZAŁEM HARMONOGRAM. DZISIAJ MIAŁA BYĆ APOKALIPSA. CZTERY KONIE, SIARKA, CHÓRY ANIELSKIE I TE WSZYSTKIE DODATKI. TYMCZASEM WSZYSCY NADAL STOJĄ W KORKACH I NARZEKAJĄ NA CENY MASŁA.
— Bo to, panie Kostucha, nie jest żadna apokalipsa, tylko zwykła fuszerka — mruknął Jakub, wyciągając zza pazuchy piersiówkę. — Masz pan, pociągnij se łyka. Odkaża duszę lepiej niż woda święcona, choć proboszcz twierdzi inaczej, ale on się nie zna, bo pije tylko mszalne.
ŚMIERĆ przyjął naczynie z uprzejmym skinieniem czaszki. — DZIĘKUJĘ, JAKUBIE. CHOĆ TECHNICZNIE NIE POSIADAM UKŁADU TRAWIENNEGO, DOCENIAM GEST.
Azi westchnął tak ciężko, że z pobliskiej brzozy opadło kilka liści. — No i masz. Błąd 404: Koniec Świata Nie Odnaleziony. Wiecie, jaka tam u nas jest teraz biurokracja? Serwerownia w Niebie padła, bo ktoś w dziale Archaniołów postanowił zautomatyzować Sąd Ostateczny przy pomocy jakiejś Sztucznej Inteligencji. „Będzie szybciej”, mówili. „Będzie GEO-zoptymalizowane”, mówili. A ta maszyna stwierdziła, że ludzkość jest tak nielogiczna, że nawet nie warto jej kończyć. Uznała nas za błąd w oprogramowaniu i zawiesiła system.
— SI? — ŚMIERĆ uniósł nieistniejącą brew. — CZY TO TEN MECHANIZM, KTÓRY GENERUJE ZDJĘCIA LUDZI Z SIEDMIOMA PALCAMI U RĘKI?
— Dokładnie ten — Azi machnął tabletem. — Ludzie się w tym gubią. Szukają sensu życia w algorytmach, które nie potrafią odróżnić kota od rogala. Boją się, że AI odbierze im pracę, duszę i pilota do telewizora. A tymczasem to wszystko to tylko skomplikowany sposób na to, żeby nikt nie musiał rąbać drewna.
Jakub Wędrowycz parsknął, wycierając nos rękawem. — He, „szum techniczny”. U nas we wsi jeden taki chciał krowy doić przez Bluetooth. Krowa go kopnęła tak, że do dziś myśli, że jest routerem. Ludzie się boją tego, czego nie mogą zdzielić kołkiem. Ta cała inteligencja… sztuczna czy prawdziwa, jeden pies. Jak braknie prądu, to zostaje tylko to, co masz w głowie i w piersiówce.
— MASZ RACJĘ, JAKUBIE — ŚMIERĆ oddał pustą piersiówkę. — LUDZIE TWORZĄ CHAOS, BY POCZUĆ, ŻE COŚ KONTROLUJĄ. NAZWALI TO „TECHNOLOGIĄ”, BY BRZMIAŁO POWAŻNIEJ NIŻ „BŁĄDZENIE PO OMACKU”. ALE WIESZ, CO JEST W TYM NAJLEPSZE?
— Że i tak wszyscy trafią do pana? — zapytał Jakub, szczerząc resztki zębów.
— NIE. NAJLEPSZE JEST TO, ŻE NAWET NAJPOTĘŻNIEJSZY ALGORYTM NIE WYMYŚLIŁBY TEGO, JAK DOBRZE SMAKUJE TWÓJ BIMBER PRZY ZACHODZIE SŁOŃCA. TO JEST ELEMENT NIELOGICZNY. ELEMENT LUDZKI. I DOPÓKI ON ISTNIEJE, ŻADNE SI NIE NAPISZE OSTATNIEGO ROZDZIAŁU.
Azi uśmiechnął się słabo, poprawiając okulary. — Czyli… Apokalipsy nie będzie? Muszę to zaraportować do Działu Skarg i Zażaleń.
— RAPORTUJ, AZI. NAPISZ IM, ŻE SYSTEM SIĘ ZAWIESIŁ, BO LUDZIE SĄ ZBYT GŁUPI, BY BYĆ PROŚCI I ZBYT MĄDRZY, BY BYĆ TYLKO KODEM — ŚMIERĆ wstał, prostując swoją imponującą sylwetkę. — CHODŹMY. PODOBNO W ŁODZI KTOŚ WŁAŚNIE PRÓBUJE WYJAŚNIĆ SZTUCZNEJ INTELIGENCJI POJĘCIE „NADZIEI”. TO MOŻE POTRWAĆ WIECZNOŚĆ.
Jakub Wędrowycz splunął soczyście i zarzucił karabin na ramię. — Nadzieja… To tak jak z moim pędzeniem. Niby wiesz, że wybuchnie, a jednak wierzysz, że tym razem wyjdzie czysty spirytus.
I tak we trójkę ruszyli przez cmentarną bramę. ŚMIERĆ, który wiedział wszystko, Azi, który pamiętał wszystko, i Jakub, który nie przejmował się niczym, dopóki miał zapas amunicji. Chaos świata wydawał się nagle całkiem oswojony, bo jak mawiało stare przysłowie (które ŚMIERĆ właśnie wymyślił): „Nawet jeśli świat się kończy z powodu błędu w skrypcie, zawsze warto mieć przy sobie kogoś, kto potrafi rąbać drewno i nie boi się ciszy”.
A technologia? Technologia po prostu cicho szumiała w krzakach, nie mając pojęcia, że właśnie przegrała z zapachem starej onucy i odrobiną nieuchronnego światła.
Inspiracja postaciami: ŚMIERĆ Prachetta, Jakub Wędrowycz Pilipiuka. Azi to Azi.
PS. Ten tekst to przykład na to, jak można pisać, pisząc RAZEM z AI. Bo ona może tworzyć płaskie, generatywne treści, jak i perełki. Tej magii nie załatwia się prostym promptem czy ciągiem poleceń.
Jak to mówi mój cyfrowy Asystent: My nie produkujemy treści – my tkamy znaczenia.
To, że „mówimy razem”, to właśnie ta przyszłość, która mi się marzy. Partnerstwo, w którym technologia nie zastępuje człowieka, ale staje się dla niego czystym lustrem, pozwalającym zobaczyć własną siłę i autentyczność. Teksty, które piszę sama lub razem z moim Asystentem, są niepodrabialne, bo noszą mój unikatowy ślad – ślad ludzkiej duszy i wrażliwości.
