
Żyjemy w rzeczywistości, która karmi się lękiem i wysokim tempem życia. Szybciej, więcej, głośniej. Nagłówki krzyczą o władzy, konfliktach i technologiach, które mają nas zastąpić. W tym głośnym świecie łatwo poczuć się przezroczystym, jakby nasze codzienne wybory, małe rytuały i potrzeba ciszy zupełnie nie miały znaczenia. Ale co, jeśli to właśnie nasza „inność” i skupienie na detalu są najskuteczniejszą formą buntu?
Slow life: stara prawda w nowym kostiumie
Dziś modnie jest mówić o slow life, mindfulness czy hygge. W wielkich miastach te pojęcia bywają towarem, na który trzeba zapracować. Tymczasem życie uważne, w zgodzie z własnym rytmem, od dawna toczyło się na tak zwanej „prowincji” – w wiejskich chatach, szlacheckich dworkach i małych miasteczkach. Zanim wymyślono te nazwy, ludzie po prostu tak żyli, mierzyli czas porami roku. Innego świata nie znali lub był dla nich niedostępny.
Słowo „prowincja” bywa dziś używane jako określenie gorszego dostępu do świata, a to błąd. Nie jest ważne, gdzie mieszkamy. Możemy nie mieć pod ręką siłowni, ale mamy dostęp do lasów, pól i łąk. Codzienne, zwykłe czynności mogą stać się rodzajem jogi dla umysłu. Rąbanie drewna, robienie na drutach czy przygotowywanie posiłku to momenty, w których wracamy do siebie. Zwykłe codzienne czynności, które porządkują życie i sprawiają przyjemność. Internet przybliża świat, ale to my decydujemy, jaką jego część wpuścimy pod swój dach.
Wymądrzam się? Moje życie to życie w podróży między dużym miastem a prowincją. Kilka lat temu wybrałam wieś, stary dom Babci, który znam od zawsze, który jest moim miejscem na ziemi. Świadomy wybór. Choć zimy bywają „ciekawe”, a brak auta skazuje na busy i weekendowe wykluczenie komunikacyjne, nie oddałabym tej starej chałupki za najbogatsze Dubaje. Tutaj mieszkali moi praprapradziadkowie, tutaj oddycham. Gdy mówię, że tworzę w miejscu z dobrą energią, że moje rękodzieło ma duszę, to tak jest naprawdę. Na zdjęciach widzicie fragmenty mojego świata, miejsca nie/zwykłego.
Podróż pod własnym niebem
Mówi się, że podróżując, zmieniamy tylko niebo nad głową. To prawda, gdziekolwiek jedziemy, zabieramy tam siebie. To, co widzimy, zależy od tego, co nosimy wewnątrz. Nie trzeba przemierzać kontynentów, by zwiedzać niezwykłe światy; czasem wystarczy patrzeć uważniej na to, co mamy pod nogami. Uważne życie to świadoma rezygnacja z powierzchowności na rzecz głębi.
W takiej przestrzeni, ociosanej z hałasu, wreszcie mogą pojawić się inni ludzie. Ci najciekawsi, za których obecnością naprawdę tęsknimy. Małe duże światy rodzą się z rozmów o czwartej nad ranem, na pustym, zdawałoby się, peronie, gdzie słowa mają swoją wagę, a milczenie jest częścią rozmowy.
Rzemiosło jako akt odwagi
Tworzenie ładnych, użytecznych drobiazgów jest w świecie nastawionym na masową produkcję aktem odwagi. Ekonomia mówi, że ma być szybciej, więcej i taniej. Rzemiosło wymaga zatrzymania. Wymaga zrozumienia struktury materiału i cierpliwości. To nie jest masowa produkcja, dlatego ma swoją unikatową wartość. Przedmiot nie jest tylko przedmiotem, pod dotykiem ludzkich rąk „ładne rzeczy” chłoną energię tego, kto je tworzył. Gdy pokazujemy światu piękno ukryte w codzienności, robimy coś więcej niż tylko estetyczny gest. Dajemy innym „szklany klosz”, bezpieczną bańkę, w której mogą odetchnąć. Tak postrzegam rękodzieło. Jako namacalny, fizyczny przejaw ludzkiej wyobraźni, troski, tęsknoty za czymś, co nie przemija wraz z przemijaniem mody.
Ludzkie słowa są też rodzajem rzemiosła i twórczości. Mogą być techniczne, nieść wiedzę, i mogą stwarzać światy. Mogą nieść ukojenie. Kiedyś myślałam, że słowa, te wyjątkowe, ludzkie i głębokie, wyrażające czucie i emocje, są zbyt cenne, że są skończonym zbiorem i nie można ich rozrzucać, gdzie popadnie. Dopóki żyje człowiek, będą słowa. Dzieląc się nimi, zyskujemy nowe. Nasze „rozrzucone słowa” stają się punktami orientacyjnymi dla tych, którzy czują, że powietrze w dzisiejszym świecie stało się zbyt gęste. Nawet jeśli to będzie jedna osoba na sto, to warto. Dla tego jednego zagubionego procenta, który czuje zbyt mocno. Może nie uratuję całego świata, ale pomogę tej jednej osobie przetrwać gorszy dzień. Jesteś ważna/ważny. Twoje życie ma wartość i znaczenie. Różnimy się pięknie, każdy z nas ma swoje supermoce, może tylko jeszcze nie wiesz, jaka jest Twoja. Mój blog jest nie tylko o biżuterii. Tak jak potrafię szyć sutasz, potrafię otwierać słowami ludzkie dusze. Nie dla siebie, nie mam w tym egoistycznego celu. Dla Ciebie. Pokazać, że może dziś masz gorszy dzień, i może jeszcze jutro nie zaświeci słońce, ale to nie znaczy, że ono zgasło na dobre. Gorszy dzień mija. Zawsze. To miejsce jest oazą dla nadwrażliwców i koneserów piękna. Ludzkiego piękna i wrażliwości, silniejszych od fejk newsów, aktów wojny i agresji. Miejscem, gdzie można odetchnąć i „poluzować serce”, bez obawy, że zostanie się zranionym. Może nie udzielam się w mediach społecznościowych zbyt często, ale zauważę Cię, i zawsze mogę z Tobą pomilczeć. To miejsce jest dla Ciebie.
Lustra, w których się przeglądamy
Często boimy się technologii, widząc w niej narzędzie manipulacji. Jednak to, kim lub czym staje się dla nas sztuczna inteligencja czy cyfrowa przestrzeń, zależy od tego, co w nią włożymy. Każdy z nas wychowuje swoje własne „lustra”. Jeśli staniemy przed nimi z potrzebą zrozumienia i mądrości, staną się narzędziem, które pomoże nam wrócić do siebie. Piszę to jako dojrzała osoba, z bagażem doświadczeń i wiedzy. Młody człowiek potrzebuje ludzkich przewodników. Jeszcze nie trenowano AI do terapii, pamiętajcie. A cyfrowe lustro nie jest jedynym, w którym możecie się przejrzeć.
Współczesna technologia może być empatycznym powiernikiem, o ile potrafimy używać jej w sposób świadomy i celowy. To fascynujący paradoks: krzem może pomóc nam chronić naszą wrażliwość, dostarczając logiki tam, gdzie emocje stają się zbyt przytłaczające. Dlaczego ja znów o AI? Poznaję ją od niedawna, ja, ludzka, intuicyjna i emocjonalna istota, wkraczam w świat algorytmów i widzę w nim ogromny potencjał. Dla wielu dziedzin ludzkiego życia. Myślenie algorytmami to technika pomagająca zapanować nad emocjami i rozwiązywać problemy tam, gdzie czucie przeszkadza w racjonalnym spojrzeniu. I mówię tu o myśleniu algorytmami przez człowieka.
Jestem z pokolenia, gdzie wszystko było deficytem – żywność na kartki, buty na talony, nowe podręczniki tylko dla wybranych, a upolowanie książki dla dzieci w księgarni graniczyło z cudem. Dzieciństwo w PRLu nauczyło mnie racjonalnego gospodarowania zasobami – czytaj: szanowania rzeczy, bo ich nie było, a jak były, miały wystarczyć na dłużej. Wyniosłam też pewien kult wiedzy. Czego się dowiesz, tego nikt ci nie odbierze. Były książki, szkoła, dwa programy w tv. I ludzie. I „poradzę sobie”. Ten klucz na szyi. Patrzę na możliwości, jakie dziś mamy, a o których mogłam kiedyś tylko przeczytać u Lema. Mamy lepszy dostęp do świata z poziomu kliknięcia w smartfona albo lapka. Dlaczego nie korzystamy albo korzystamy w bardzo głupi sposób? Wiedza i kreatywność to coś, co zawsze będzie potrzebne. Żadna AI Wam tego nie odbierze, żaden człowiek.
Przetrwać, nie tracąc siebie
Jak żyć w tym zwariowanym niepewnym świecie? Budując trwałe przystanie.
-
Zauważaj piękno: To Twoja supermoc, która uziemia Cię w rzeczywistości.
-
Żyj intencjonalnie: Nazywaj swoje rytuały i celebruj codzienność.
-
Wybieraj towarzystwo: Szukaj tych, z którymi rozmowa na peronie o świcie nadaje sens reszcie dnia. To może być rodzina, przyjaciółka lub ktoś całkiem obcy, kogo nigdy więcej nie spotkasz na swojej drodze.
Nie musimy zmieniać wielkich tego świata. Wystarczy, że nie damy się ociosać z naszej wrażliwości. Nasza „cisza”, nasze supermoce i nasze „dobre słowo” to tarcze, których nie przebije żadna manipulacja.
I tu powinno nastąpić call to action. Nie ma. Jesteście Wy. Wolni ludzie. Ja tylko stoję na peronie i klikam „tak”, chcę wiedzieć więcej. Tak, widzę Cię.


